Jeseteśmy w Lappeenrancie! Z wielkim trudem i mozołem udało się dotrzeć do miejsca, gdzie przyjdzie mi spędzić kolejne 4 miesiące.
Wyjechaliśmy z domu o godzinie 7.00 w pokaźnym składzie mnie, Sławka, Michała, 3/4 mojej rodziny oraz Agaty. Pod Berlinem z racji dużego zapasu czasu postanowiliśmy przejechać przez miasto, zamiast jechać obwodnicą. To był do pewnego stopnia błąd, bo Berlin był zakorkowany. Na lotnisko przyjechaliśmy o 10.10, mając w zapasie 40 minut do odprawy. Szkoda, że nie wiedzieliśmy wcześniej, że te limity bagażowe to wielki kit - o ile mój mieścił się w limicie (19.6) to Michała przekroczył kilka kilogramów, a i tak nie musiał dopłacać. Tym bardziej był wkurzony, że zostawił u mnie w domu patelnię, kurtkę i inne rzeczy :P
O 10.50 przeszliśmy przez bramki, w których piszczał mi guzik od spodni i buty (??), ale kontrola skończyła się szybko. Gorzej miał Sławek, którego kontrolowali przez kilka minut - musiał wyciągać wszystko z torby i ogólnie strasznie długo to trwało. W końcu jednak we trójkę udaliśmy się w kierunku wyjścia z terminala. Ostatnie machnięcię ręką na pożegnanie i znaleźliśmy się w autobusie. Cóż, spodziewałem się że nasz samolot stoi gdzieś daleko że aż busa podstawili. Ten ruszył, przejechał dosłownie kilkanaście metrów, po czym wysadził nas przy najbliższym samolocie :).
Nigdy nie leciałem samolotem, więc tym bardziej była to nie lada atrakcja. Moment kiedy przyspiesza, by się rozpędzić oraz ten w którym do człowieka dociera, że właśnie ten kilkudziesięciotonowy bydlak oderwał się od powierzchni ziemi jest naprawdę niesamowity.
Wylecieliśmy o 11.20 czasu lokalnego, wylądowaliśmy o 14.05 czasu lokalnego w Helsinkach (zegarek przestawiony godzinę do przodu, więc lot trwał niecałe 2 godziny). Na początku nie wiedzieliśmy gdzie iść, aby odebrać bagaże, no ale że wszyscy inni szli w kierunku wyjścia oznaczonego EXIT, to i nam nie pozostało nic innego. Bagaże się odnalazły całe i zdrowe, i mogliśmy rozpocząć kolejny etap podróży do Lappeenranty.
Wielkim problemem jest język fiński, który ani trochę nie jest podobny do języków germańskich. Stąd, wynalezienie informacji z rozkładu jazdy to nie lada problem. W liście, który dostaliśmy z Lappeenranty zalecali przejazd autobusem 61 na dworzec i stamtąd pociągiem. Zapytany przez nas przypadkowy przechodzień powiedział jednak, że musimy jechać 615 a nie 61. Chwilę konsternacji wyjaśnił kierowca autobusu 61, które akurat podjechało mówiąc, że jedzie na interesujący nas dworzec. Wg poradnika, na dworzec można dostać się po krótkiej jeździe autobusem. Ta krótka jazda oznaczała w rzeczywistości ponad 25 minut jazdy :).
Dworzec w Helsinkach nie był dworcem głównym, ale prawdę mówiąc spodziewałem się czegoś lepszego. Gdyby nie wygląd pociągów, to szczeciński dworzec niewiele mu ustępował. Ponieważ do pociągu mieliśmy ponad półtora godziny, zaczęliśmy poszukiwać…. JEDZENIA.
I tu był problem. Zapytane przez nas dziewczyny, na oko w naszym wieku, na słowo “McDonald’s” nie wiedziały w ogóle, o czym mówimy. Potem wyjaśnienie, że chodzi o fast food i okazało się, że do przejścia jest ok. kilometra tylko po to, żeby się nawtrążalać hamburgerem. Odpada. Wróciliśmy z torbami na dworzec, gdzie Michał został je pilnować a ja ze Sławkiem zrobiliśmy rekonesans w pobliskim centrum handlowym. Ku naszej uciesze, natychmiast odnalazł się punkt z kebabami. Niestety, ceny skutecznie nas odstraszyły - prawie 8 euro za najtańszego kebaba to nie jest to czego się spodziewaliśmy :) Głodni wróciliśmy na dworzec, gdzie zjedliśmy ostatnie 3 kanapki.
Jazda pociągiem była bardzo monotonnna, brakowało tego łupania pod kołami pociągu. Wzdłuż przejścia między siedzeniami zamontowany był ekranik, na którym wyświetlana była prędkość, z jaką jedzie pociąg. Przez ogromną część czasu było to prawie 150 km/h, a w ogóle się tego nie odczuwało. Kolej w Finlandii jest na znacznie lepszym poziomie technicznym.
O 18.26 pociąg wtoczył się na stację przeznaczenia w Lappeenrancie. Ja problemów z poznaniem tutora nie miałem, bo widziałem na necie jego zdjęcie. Z kolei on też poznał mnie z daleka, bo odwiedzał moją stronę :) Okazało się, że z trzech osób, które miały przyjechać do tego tutora pojawiły się tylko 2, bo trzecia spóźniła się na pociąg. Brawo :)
Kilkuminutowa jazda autobusem (2.70€), spacerek pod mostem i znaleźliśmy się na terenie naszego akademika. W gruncie rzeczy jest to budynek w kształcie litery U, z trzema piętrami, zewnętrznymi schodami oraz windą. Do każdego z mieszkań wejście jest z zewnątrz, mieszkania są dwu- lub trzypokojowe, przy czym pokoje są jednoosobowe. Każde mieszkanie ma własną łazienkę, kuchnię. Wszystko zamykane jest na magnetyczne klucze i aż ocieka nowością.
Wieczorem tutor oprowadził mnie na terenie akademika, pokazał pralnię, saunę, śmietnik, pobliski sklep, pocztę i inne mniej ciekawe rzeczy. Później wraz ze Sławkiem i Michałem poszliśmy na zakupy, gdzie po raz kolejny dobiły nas ceny. Przykład:
- Najtańsze piwo 0,33l (2,7%) - 1€
- Rama do smarowania - 2,5€
- Coca Cola 1,5l - 3€
- Chleb - 2€
- Jedno małe jabłko po zważeniu - 0,25€
- Radość z bycia w Lappeenrancie - bezcenna
Pierwsze zakupy kosztowały mnie 12€. Oj, chyba będę musiał oduczyć się jeść…
Zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z pobytu w Lappeenrancie: