Wyprawa do Laponii

sobota, 08.12.2007, 18:18

Laponia

Od środy do piątku byłem poza Lappeenrantą na wycieczce do stolicy Św. Mikołaja – leżącego w Laponii niewielkiego miasteczka o nazwie Rovaniemi. Wycieczka trwała trzy dni, ale w praktyce pierwszy i ostatni dzień to w przeważającej większości siedzenie w autokarze i podziwianie przez okna, jak na oczach śnieg topnieje (gdy wyjeżdżaliśmy wszędzie było pełno śniegu, gdy wróciliśmy nic nie zostało). A że dystans, dzielący Lappeenrantę od Rovaniemi jest naprawdę spory (ok. 800km) to siedzenia w autokarze mam już dość na najbliższe 150 lat.

W drodze do Laponii zahaczyliśmy o Kuopio. Zjedliśmy tam obiad na Kupion Yliopistion (Uniwersytet w Kuopio), a później pojechaliśmy porobić parę zdjęć na okazałej skoczni narciarskiej – mam parę fajnych zdjęć z tego miejsca. Wieczorem dojechaliśmy do Oulu – ponad stutysięcznego miasta nad Zatoką Botnicką. Zamieszkaliśmy w domkach campingowych, które mnie bardzo zaskoczyły i to na plus. Nawet moje mieszkanie na Karankokatu nie miało takiego wyposażenia – w domku było wszystko, począwszy na mikrofali, poprzez przybory do sprzątania, sztućce, ręczniki, kubki i filiżanki, skończywszy na mydle w łazience. Pełen komfort. 80% mieszkańców naszego domku stanowili Polacy (ja, Michał, Sławek, Szymon), do kompletu doszła jeszcze Regina z Rosji. Większość czasu i tak przesiedzieliśmy w domku Litwinek, gdzie zwaliło się ponad 20 osób – więcej niż połowa autokaru!

Nad ranem wyruszyliśmy do Rovaniemi. Coraz bardziej były widoczne oznaki, że jesteśmy gdzieś daleko na północy – Słońce wschodziło późnym rankiem, a po godzinie 14.00 były już ciemności. W Rovaniemi zahaczyliśmy o McDonald’s. Nie jadłem tam nic, ale warto było wejść do środka – McDonald’s w Rovaniemi jest najbardziej wysuniętym na północ McDonald’sem na świecie! Zrobiłem sobie stosowną pamiątkę w postaci zdjęcia pod tablicą, informującą o szczególnym położeniu restauracji.

Kolejnym punktem programu była Wioska Św. Mikołaja. Cóż, Mikołaj się bardzo skomercjalizował – za pamiątki z Santa Claus’ Village trzeba było płacić jak za zboże. No tak, bo skąd by inaczej brał środki na prezenty dla wszystkich? W wiosce zwiedziliśmy dość osobliwą pocztę (wystrój wnętrza bajkowy, zupełnie nie przypominający budynku poczty) oraz zapisaliśmy się do kolejki na zrobienie zdjęcia ze Świętym. Mikołaj nie miał może jakoś specjalnie dużo czasu na rozmowę, tym bardziej że do wspólnego zdjęcia stanęliśmy wraz z 20 osobami z wycieczki (choć trzeba mu oddać, że jednym ciurkiem potrafił wymienić polskie miasta, które zwiedził na swoich saniach). Zdjęcie w formie pocztówki kosztowało 6€, ale pamiątka jest bardzo sympatyczna. W wiosce Mikołaja kupiłem bardzo fajną koszulkę z dość osobliwym napisem, ale nie mam możliwości by go w tym momencie zaprezentować :)

Mikołaj

Kolejnym punktem programu tego dnia była wizyta na farmie reniferów. Nie ma to jak zobaczyć prawdziwego renifera :) Miałem okazję przejechać się saniami, ciągniętymi przez taką upartą sztukę, która niedaleko przed końcem zatrzymała się i nie chciała iść dalej, a jak przyszedł treser to w ogóle reniferowi coś odwaliło do reszty i do rowu wbiegł razem z saniami no i mną.

Ciekawostka: renifery co roku zrzucają poroże, a na to miejsce odrasta im nowe. Akurat na przełomie listopada i grudnia poroże zrzucają męskie osobniki, i chyba nawet takiego jednego spotkaliśmy na farmie reniferów.

Zakwaterowanie w Rovaniemi było chyba jeszcze lepsze niż w Oulu – mieszkaliśmy w jakimś wielkim domu, w 8 osobowych pokojach z piętrowymi łóżkami. Wieczorem było dużo zabawy z wypiekaniem własnoręcznie robionych ciasteczek, i ogólnie było bardzo sympatycznie.

Następnego dnia wyruszyliśmy z rana w drogę. Po drodze jeszcze przez godzinę zwiedzaliśmy muzeum Arctica – z braku czasu nie było jednak możliwości by obejrzeć, przeczytać i posłuchać wszystkiego. Droga powrotna była absolutną masakrą – nieprzerwane godziny spędzone w autobusie na twardym siedzeniu to nie to, co lwy lubią najbardziej. Aby nam się nie nudziło, na TV puszczono kilka filmów, jeden gorszy od drugiego. “Romeo Must Die” był tak zabawny, że podczas walk pół autokaru się śmiało, a reszta po prostu brechtała. “Sprawa Thomasa Crowna” była dość ciekawa, ale przez głośne gadanie nie wszystko można było zrozumieć. Na osobną uwagę zasługuje film “Hannibal” – myślałem, że nie ma nic gorszego niż kolejny odcinek filmu “Saw”, a tu widzę godny konkurent (co za chory człowiek wymyślił jedzenie własnego mózgu, podsmażanego na patelni??).

W drodze powrotnej było bardzo nudno, obejrzeliśmy wszystkie filmy świata, łącznie z wszystkimi sezonami “Mody na sukces” i Teleexpresu – zabrakło jedynie trzech ostatnich odcinków “Klanu”. Do Lappeenranty przyjechaliśmy z godzinnym opóźnieniem o 24.00 w piątek. Pod tym adresem pokazana jest trasa, jaką przebyliśmy.

PS. Masz pozdrowienia od Św. Mikołaja – prosił o przypomnienie, by nie włączać w Wigilię gazu na kuchence i nie zapalać ognia w kominku, żeby nie zostały mu oparzenia takie, jak po ostatniej wizycie u Ciebie :)

PS2 To taka konsola :)

PS3 Za dwa tygodnie będę z powrotem w domu :) A póki co dużo pracy mam nad projektami z przedmiotów International Finance and Emerging Markets i Information System Research + z Wykładnikiem, który mnie wkurza tak, że momentami mam ochotę to wszystko rzucić…

tagi wpisu: , , ,

jeden komentarz do "Wyprawa do Laponii"

  1. Anonim:

    Marcin! Wracasz już! Hura!

Skomentuj